Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fakt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fakt. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 września 2013

MAMA MADZI NIE SIEDZI

Jak dowiedziały się ''Medialne Fakty", Katarzyna W., mimo niedawnego skazania na 25 lat pozbawienia wolności, nie przebywa w zakładzie karnym. Dzięki nieoficjalnym kontaktom w resorcie więziennictwa dowiedzieliśmy się, że kobieta skazana za zabicie własnego dziecka nie znalazła się w żadnym polskim więzieniu! 



Ulubioną rolą aktorki Krystyny Wu była
Lady Godiva
A stało się to na skutek bardzo prostej, choć brzmiącej na pierwszy rzut oka bardzo nieprawdopodobnie, okoliczności. Otóż okazuje się, że Mama Madzi po prostu nie istnieje. 
Wiele posiadanych przez nas informacji już od dawna na to wskazywało, nie mieliśmy jednak jak dotąd co do tego absolutnej pewności. Dopiero niedawno uzyskaliśmy informację jednoznacznie świadczące o tym, iż cała afera stanowiła spisek "Faktu", "Super Ekspresu" i TVN-u, mający zwiększyć poziom czytelnictwa i oglądalności tych mediów. Wiele wskazuje na to, że mogły być w nią także zamieszane osoby ze sfer rządowych, chcące odwrócić uwagę od niepowodzeń i niepopularnych posunięć naczelnych władz państwowych oraz związanych z nimi afer. Ujawniona niedawno przez naczelnego "Super Ekspresu" informacja, iż "gazeta" ta zapłaciła Katarzynie W. za jej zdjęcia w stroju kąpielowym na koniu, okazuje się być tylko czubkiem góry lodowej. Osoba ta otrzymała od mediów znacznie więcej pieniędzy za każdy materiał o niej robiony. A właściwie nie ona, tylko aktorka ją grająca. Bowiem "Katarzyna W." tak naprawdę nigdy nie istniała, zaś jej rolę grała była studentka szkoły teatralnej Krystyna Wu, znana z udziału w niemieckich i holenderskich filmach pornograficznych pod pseudonimem Brunhilda Broniarczyk. Wprawdzie "Fakt" i "Super Ekspres" opłaciły jej operacje plastyczne, tak aby nawet najbliżsi mieli poważne kłopoty z jej poznaniem, jednak duma naszej redakcji, redaktor Zygmunt Dobra Kasza, będący jednym z najwybitniejszych znawców filmów gang bang porno w Europie, rozpoznał ją bez trudu. 
Niezwykle podejrzane są także okoliczności zaginięcia małej Madzi i aresztowania Katarzyny W. Jak twierdzi jeden z funkcjonariuszy sosnowieckiej policji, tuż po otrzymaniu zgłoszenia o zaginięciu Madzi, do miasta przybyła specjalna grupa policji. To jej członkowie znaleźli zwłoki dziecka, a następnie aresztowali Katarzynę W. Miejscowi policjanci zostali bardzo szybko całkowicie odsunięci od sprawy. Jak donosi nasz informator, żaden z nich nie widział ciała dziecka, zaś jego rzekoma matka nie przebywała nigdy - wbrew oficjalnym twierdzeniom - w sosnowieckim areszcie. Kiedy miejscowi funkcjonariusze zaczęli się bliżej interesować tymi dziwnymi zdarzeniami, komendant policji miejskiej otrzymał telefon - jak określił to w rozmowie z naszym informatorem - ''z samej góry". Zaś jeden z policjantów bardziej wnikliwie przyglądających się sprawie został służbowo przeniesiony w okolice Suwałk, drugi zaś zginął w nadzwyczaj podejrzanych okolicznościach, raniąc się śmiertelnie nożem w czasie krojenia chleba. W dodatku okazuje się, że w Sosnowcu nie tylko nikt przed całą aferą nie słyszał o żadnej Katarzynie W. ani jej rodzinie, ale nawet nie ma w tym mieście adresu, pod którym miała ona rzekomo zamieszkiwać. Wszystko to uprawnia nas do wniosku, że nie tylko Mama Madzi, ale i sama Madzia nigdy nie istniała. 
Nie jest to zresztą pierwsza tego typu sprawa. Już wcześniej media tzw. "bulwarowe" dokonywały takich prowokacji, mających napędzić machinę czytelniczą. Jak mówi nasza znajoma dziennikarka, zatrudniona wówczas w "Super Ekspresie", już kilka lat temu ówczesny redaktor naczelny tego czasopisma, Mariusz Ziomecki, osobiście przebierał się za gigantycznego, dwumetrowego kraba, mającego atakować spacerowiczów w warszawskich Łazienkach. Jednak premiera tej akcji odbyła się podczas meczu, rozgrywanego na pobliskim stadionie Legii i próba nastraszenia, wracającej z niego grupy młodzieży, zakończyła się dla Ziomeckiego miesięcznym pobytem w szpitalu. Kolejną próbą stworzenia medialnego faktu dziennik ten podjął w kilka lat później Kornelinie (woj. mazowieckie). Dziennikarze tego czasopisma zamordowali w specyficzny sposób osiem kóz, tak aby móc przypisać tę zbrodnię legendarnemu południowoamerykańskiemu potworowi, zwanemu czupakabrą. Nasza znajoma dziennikarka, na co dzień weganka i członkini Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami musiała osobiście zabijać kozy i wysysać z nich krew. - Wtedy zrozumiałam, że dziennikarstwo też może być brudne. Ponieważ nie chciałam już dłużej zajmować się tworzeniem taniej, makabrycznej sensacji, przy pierwszej okazji przeniosłam się do ''Faktu". 
Bez odpowiedzi jednak pozostaje wciąż pytanie czy tak zwana "Katarzyna W." wygrzewa się na plaży jakiegoś egzotycznego kraju, wydając zarobione na sprawie Madzi pieniądze, czy też może zacięła się śmiertelnie podczas krojenia kiełbasy? Odpowiedzi na to w jakim kraju przebywa i czy w ogóle przebywa na tym świecie "Mama Madzi" najlepiej szukać w zagranicznych filmach pornograficznych. Dlatego cała redakcja z ogromnym poświęceniem śledzi wszystkie najnowsze produkcje tego gatunku, wypatrując pojawienia się tajemniczej Brunhildy Broniarczyk.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

GODŁEM POLSKI NIE BĘDZIE LEMING W PERUWIAŃSKIEJ CZAPCE

Przez polską prasę przeszedł kolejny głuchy "POgłos". W ostatnim numerze tego partyjnego periodyku Platformy Obywatelskiej ukazał się artykuł, który zbulwersował całą polską opinię publiczną. Chodzi tu oczywiście o zmianę polskiego godła narodowego z królewskiego orła (a właściwie bielika) na leminga w peruwiańskiej czapce.
O komentarz poprosiliśmy rzecznika rządu Pawła Grasia. 
"Medialne Fakty": Panie ministrze, jak jest z tym lemingiem? Będzie nowym godłem Polski, czy też nie?
Paweł Graś: Oczywiście, że nie. Ten artykuł to rzecz jasna dowcip. Typowy żart primaaprilisowy. Jego absurdalność jest oczywista. Dziwię się, że w ogóle się ktoś na niego nabrał i wziął to na serio. Zresztą podobnie jest ze słynną prowokacją "NIE", której dziennikarze rzekomo mieli podsłuchać premiera i Grzegorza Schetynę podczas meczu z Ukrainą. Nie wiem, jak ktoś mógł wziąć na serio takie brednie.
MF: W jednak ktoś wziął. I w dodatku tym "kimś" były niemal wszystkie największe media w Polsce. "POgłos" zafundował Platformie kolejną sondażową wpadkę. Najpierw była minister Mucha ze słowami o umiłowaniu osób starszych do przesiadywania u lekarza, teraz ta afera z lemingiem. Wydaję się, że kierownictwo PO nie do końca panuje nad treściami, które się tam ukazują. 
Tak nie będzie wyglądać nowe godło Polski
PG: Proszę Pana. W "POgłosie" pracują ludzie młodzi, chcący się pokazać światu. Nie zawsze jednak - jak widać - z jak najlepszej strony. Jednak Platforma jest partią demokratyczną, otwartą, a kierownictwo nie będzie przecież kontrolować każdego kroku jej członków. Zresztą redaktorzy "POgłosu", starając się wzbudzać niezdrowe sensacje, próbują się tylko upodobnić do reszty polskiej prasy, polującej na nowości i skandale. Przecież, o ile mnie pamięć nie myli, to "Medialne Fakty" jako pierwsze podały informacje o planowanych zmianach polskiego godła i flagi (CZYTAJ TUTAJ). 
MF: Chyba rzeczywiście. Wtedy nie było mnie jeszcze w redakcji.
PG: Być może. Ale to wy rozpoczęliście prasowe spekulacje nad kształtem nowego polskiego godła, mające niewiele wspólnego z rzeczywistością. I teraz "Super Ekspres" pisze coś - zupełnie idiotycznego i wyssanego z palca - o butelce wódki, a "Fakt" stara się go przegonić w bzdurnych imaginacjach, stwierdzając, że nasz hymn będzie się zaczynał od słów "Jeszcze Polska nie zginęła, póki my pijemy". 
MF: Ale prace nad zmianą naszego godła państwowego rzeczywiście są prowadzone. 
PG: Polska potrzebuje radykalnych zmian, nie tylko społeczno-gospodarczych, ale także wizerunkowych. Jeżeli największe polskie firmy i banki (Poczta Polska, PZU, PKO) odświeżają stare loga ku uciesze swoich klientów, dlaczego polskie państwo nie miałoby tego zrobić tego samego ku uciesze obywateli. Polacy lubią zmiany, zwłaszcza na lepsze, a te jak wiadomo są priorytetem i wizytówką rządu Donalda Tuska. Stare godło po prostu już nie przystaje do szybko zmieniającej się rzeczywistości. Widniejący na nim orzeł bielik i do tego jeszcze w koronie nijak ma się do obecnych, lepszych czasów. Po pierwsze Polska nie jest już monarchią, tylko republiką obywatelską, a po drugie bielik jest gatunkiem zagrożonym, któremu grozi wyginięcie, więc nie może dalej symbolizować naszego prężnie rozwijającego się społeczeństwa. Jako partia większościowa nie możemy pozwolić sobie na to, by reprezentowały nas mniejszości. 
MF: A więc leming... 
PG: Mogę pana zapewnić, że zwierze to nigdy nie było brane pod uwagę jako nowe godło. Taka idiotyczna myśl nie powstała nigdy w umyśle nikogo z kierownictwa partii czy rządu. Nie były też w tym kierunku prowadzone żadne prace, symulacje, badania czy obliczenia kosztów. Chociaż nie da się ukryć, iż leming mógłby mieć jak symbol naszego kraju wiele zalet. Np. ocieplić nasz wizerunek na zewnątrz, gdyż jest sympatycznym gryzoniem, a nie drapieżnym ptaszyskiem. Idealnie pasuje do obrazu obywatelskiej Polski solidarnej, jako że w każdej chwili potrafi się zjednoczyć w dążeniu do wspólnego celu, nawet gdyby tym celem miała być przepaść. Plusem byłoby też zastąpienie złotej korony skromna czapka? Nasz rząd od zawsze lansuje ideę taniego państwa, nie potrzebne nam epatowanie złotem i przepychem zwłaszcza na symbolach państwowych, a taka peruwiańska czapka, nie dość, że ciepła i tania, to oprócz tego ewidentnie świadczy o naszym otwarciu na świat. 
MF: No tak, ale koszty... 
PG: Proszę Pana. Informacje o tym, że taka zmiana kosztowałaby budżet 600 mln zł są absolutnie nieprawdziwe. Według bardzo szczegółowych obliczeń rządowego Centrum Studiów Strategicznych całkowity koszt wymiany starych godeł w przedszkolach, szkołach, urzędach i innych instytucjach państwowych na leminga w peruwiańskiej czapce wyniósłby ok. 450 mln zł, a na flaszkę wódki byłby jeszcze mniejszy. 
MF. Dziękuję bardzo za rozmowę. 
Z rzecznikiem rządu Pawłem Grasiem w imieniu "Medialnych Faktów" rozmawiał Pan Anatol.

czwartek, 24 stycznia 2013

KATARZYNA W. NIE ZABIŁA MADZI


INTERWENCJA

Te fakty nie są tak medialne, żeby przykuć uwagę „Faktu”, „Uwagi” lub „Wysokich Obcasów”. O tej historii nikt by nie usłyszał, gdyby nie wstrząsający list naszej czytelniczki. „Medialne Fakty” postanowiły zająć się sprawą 37-letniej samotnej matki, która nie zabiła swojego dziecka.


Nasz tekst ukazał się również w tygodniku 
Uwarzam Że
Katarzyna Wiśniowiecka (nazwisko tylko do wiadomości redakcji i czytelników MF) od siedmiu lat wychowuje samotnie małą Madzię. W ciążę zaszła nagle, podczas stosunku płciowego z mężczyzną. - Nikt się tego nie spodziewał. Ani ja, ani on - mówi zaskoczona Katarzyna. - Jednak stało się. Postanowiłam więc początkowo nie zabijać dziecka, tylko spróbować wychować.

Jak brzemienna w skutkach była decyzja ciężarnej, okazało się wkrótce po porodzie. - Madzia od urodzenia była trudnym dzieckiem. Już w wieku trzech miesięcy robiła pod siebie. I to kilka razy dziennie. Potem było coraz gorzej - wymioty i biegunki, ssanie i przygryzanie piersi podczas karmienia. Dobrze, że przez dłuższy czas nie miała zębów. To wtedy zaczęłam myśleć o ostatecznym rozwiązaniu.

- Samotne matki wychowują synów na SS-manów, zbrodniarzy i dewiantów - tłumaczy dr Waldemar Paruch, politolog z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. - Z córkami nie bywa lepiej. Dziwne, że odpowiednie służby socjalne, których taki przerost mamy w niby wolnym kraju, nie zajęły się tym patologicznym przypadkiem.